Zdecydowałem się zatrzymać w Mikulovie dzień dłużej, bo zaciekawiła mnie jaskinia wewnątrz jednego z wzniesień, na których rozlokowane jest miasteczko. Jaskinia zwie się Na Turoldu i tworzy najbardziej rozbudowany w Czechach system korytarzy rozlokowanych na kilku poziomach wgłąb ziemi.

Gdy dostałem się do domku z biletami, pani z okienka spojrzała na mnie i powiedziała, że w jaskini jest ok. 8-9 stopni i dobrze, żebym miał coś do narzucenia na siebie, bo zwiedzanie potrwa 50 minut. Termometr przymocowany obok krzyczał 37 w cieniu. To prawie 30 stopni różnicy. Do campingu mam 10-15 minut pieszo, a wejście z przewodnikiem jest za pół godziny. Zdecydowałem, że jednak biegnę po polar. Wracam z wywieszonym językiem.

Wejście do tego przybytku schłodzonego powietrza znajduje się w dawnym kamieniołomie. Domyślam się, że właśnie tak odkryto jaskinię.

Pamiętacie reklamę gumy do żucia, która sprawiała, że huhnięcie zamrażało wszystko dookoła? Bo dokładnie tak się poczułem wchodząc do środka ☺️ Jakby jaskinia na mnie huhnęła.



Jaskinia pozbawiona jest stalaktytów i stalagmitów, ale jej ściany pokryte są drobnymi utworami przypominającymi trochę rafę koralową (na zdjęciu poniżej akurat rafy nie ma, ale jestem ja).

A pamiętacie plomby kontrolne na moście? Ta sama sytuacja – na rysie założona jest krucha płytka i obok numer. Chodzi o to samo. Kontrolę tego, jak pracuje jaskinia, żeby z wyprzedzeniem wiedzieć, czy grożą jej jakieś zawały.



Nie wiem, czy dobrze pamiętam, ale u nas w Polsce, taka szata naciekowa nazywała się chyba „polami ryżowymi”. Kiedyś, baaardzo dawno temu, przeczołgałem się (dosłownie) ze starszym kuzynem po paru jaskiniach na Jurze. Pamiętam tylko ogromne pająki jaskiniowe tuż nad głową i czołganie się w błocie 😉 Dla dzieciaka to była prawdziwa przygoda… A teraz podświetlane jaskinie z przewodnikiem 😊 Tak to jest.

A tu przykład wandalstwa – jaskiniowe graffiti z 1956 r. 😉


Po wyjściu z jaskini okazało się, że niebo jest zachmurzone, a po austriackiej stronie szaleją już burze. W tej sytuacji niestety odpadł dzisiejszy drugi plan: jazdy rowerem do Valtic. Na szczęście okazało się, że raz na godzinę kursują tam lokalne pociągi. Przesunąłem więc namiot w miejsce, gdzie zauważyłem dziś rano, że jest wiecej cienia, przykryłem rower płachtą na wypadek deszczu i pognałem na pociąg.

Pałac w Valticach jest ogromny z kilkadziesiąt razy większym parkiem. Niestety wnętrza po II WŚ zostały zdewastowane przez „bratnią armię” spod znaku czerwonej gwiazdy. Udało się go odrestaurować i jako całe założenie pałacowe zoatał wpisany wraz z lednickimi włościami na listę UNESCO. Ciekawostką jest, że Valtice do 1918 r. były Austriackie. Ze względu na istotną linię kolejową, która przechodziła przez miejscowość, została wbrew ludności austriackiej wcielona do nowoutworzonej Czechosłowacji.


Przybyłych wita gryfik, bez jednej głowy.


Park jest ogromny i trochę żałowałem, że nie zabrałem do pociągu roweru. Pieszo nie chciało mi się go obchodzić. To zajęcie na godzinę biegiem.


Motyw ryb z umywalki/fontanny na dziedzińcu.

Brama na szeroki świat.

Zabudowa przed pałacem.

Boczna furta na teren przed pałacem. Skrót do rynku.

A w rynku, na fontannie stoi pannica z dzbanem wina.

Rynek. Niestety, w rynku tylko dwie pizzeria i kebab… Całkiem inaczej niż w Lednicach. Kieruję się więc od razu w stronę stacji.

Nadjeżdża spóźniony o 15 minut vlak. České dráhy mają świetną aplikację na telefon do zakupu biletów. Na peronie wyświetla na bieżąco komunikaty mówione przez głośniki, podczas jazdy pokazuje jaka będzie następna stacja, a gdy do stacji, na której się czeka, zbliża się już pociąg, aplikacja wydaje odgłos jadącej ciufy 🙃. Może kiedyś w EP też będziemy mieli takie cuda.

Tu, w drodze powrotnej, raz jeszcze Mikulov i trzy odwiedzone wczoraj obiekty: Kozí hrádek, Svatý kopeček oraz zamek. Wszystkie górujące nad miastem.

I kończąca dzień obiadokolacja w restauracji przy campingu.

Dodaj komentarz