Ślad GPX:
Ponieważ camping, który znalazłem w VeloPlanerze, jak się okazało, poskładał już swoją działalność, noc spędziłem w Formance. Formanka, to hostel w Hanušovicach i restauracja nawiązująca wystrojem do saloonu. Wewnątrz lekki półmrok, porozrzucane stoliki, w głębi sali stół bilardowy. Do ściany przytwierdzony telewizor, a w nim jakiś stary western z Clarkiem Gablem mówiącym po czesku. Przy dwóch złączonych stolikach kilku mężczyzn wyglądających jak harleyowcy oraz jedna pani, która dla odmiany zupełnie harleyowca nie przypominała. Rozmowy, śmiechy. Zamieniliśmy kilka zdań i zostałem poczęstowany czeskim rumem marki Heffron. Pomogli mi też zorganizować coś do jedzenia; zadzwonili dzwonkiem po dziewczynę, która pomimo, że zamykała już kuchnię, zgodziła się zrobić dla mnie jeszcze pizzę. Następnie zostałem pouczony, jak nalać sobie piwa, ponieważ w Formance mają piwo z samoobsługowego kija (!). Przykładasz kartę płatniczą, podstawiasz kufel, pociągasz za wajchę (koniecznie do siebie, od siebie – z kranu poleci sama piana), a po wszystkim, również samemu, kufel należy umyć w specjalnej myjce do kufli i odstawić na półkę. Przyjemne miejsce. Dziewczyna od pizzy i jej mama (obie pracują w hostelowej kuchni) okazują się być Ukrainkami z Kijowa i do Czech przyjechały 5 lat temu.


Następnego dnia, jeszcze zanim wyjechałem, zdążyło się porządnie rozpadać, ale po godzinie słońce wyjrzało na dobre. Na wyjeździe z Hanušovic minąłem XIX w. zabudowania browaru Holba. Można je zwiedzać, ale to dłuższa zabawa.

Niedaleko Šumperku przejeżdżam obok zamku w Rudě nad Moravou. Mocno zapuszczona, renesansowa rezydencja, która na pierwszy rzut oka wydała mi się być podzielona na coś w rodzaju mieszkań komunalnych, jest tak naprawdę obiektem hotelowym. Gdy wszedłem na dziedziniec, żeby zrobić kilka zdjęć, zostałem wyproszony przez starszą panią, która mieszała zaprawę murarską…


Gdzieś po drodze minąłem ciekawą kapliczkę o tęczowym, „neo-roko-koko-kowym” wnętrzu.

W zasadzie, przez sporą część dnia mijałem małe, raczej nie turystyczne, ale urokliwe wioski. Nie da się nie zauważyć, że zagęszczenie sieci kolejowej jest w Czechach kilka razy większe niż w Polsce. Mam wrażenie, że w co drugiej, co trzeciej wiosce jest stacja. Trasa biegła w połowie asfaltami, a w połowie szutrami. Np. takimi.

…i takimi…

…mijałem kamieniołomy…

…buszowałem w kukurydzy…

…jechałem nasypami…

…i wzdłuż rzek…

… mijałem ukwiecone domy…

…A gdy wyjeżdżałem z cienia na patelnię, to chwilami świrowałem pawiana…

…i tak dojechałem do Litovela. A w Litovelu, oprócz tego:

jest też prze-ratusz. Niestety, na zdjęciu tego w ogóle nie widać, ale niezbyt duży, prostokątny rynek jest całkowicie zdominowany, wręcz przytłoczony przez ogromny rausz z ogromną wieżą. Na tymże rynku zatrzymałem się na krótką chwilę. Było już po 19:00, a do Olomouca pozostało 20 km. Musiałem trochę przyspieszyć.

Długa prosta. Trochę polami, trochę lasami.


W Olomoucu wylądowałem zbyt późno by udało się zjeść coś na mieście, ale zadowoliłem się piwem i nocnym szwendaniem, z którego, już bez opisów, załączam kilka zdjęć.











Dodaj komentarz