Ślad GPX:
Poranek na campingu. Gorąco od samego rana. Nic tylko schłodzić się w jeziorze, a nie tam ganiać rowerem.

Wyjazd z kempingu.

Malowany dom.

W końcu jestem na wakacjach!

Veselí nad Moravou 🙂 Fajna nazwa dla miasteczka. Kilka migawek pałacu i jego otoczenia.



Po drodze, znana już dobrze zabudowa wsi.

Niedowierzanie. W Czechach nadal można je spotkać! Czekaczki zainstalowane na słupach w kilku miejscach we wsi. O określonych godzinach są z nich nadawane chyba jakieś „ogłoszenia parafialne” (niestety nie zrozumiałem ani słowa) dla mieszkańców. Kiedyś, w czasach socrealizmu, była przez nie puszczana propaganda. Ja po raz ostatni widziałem je w latach ’90 w Spiskiej Starej Wsi. Pamiętam, że puszczali z nich nawet jakąś lokalną muzykę, której wszyscy musieli słuchać.

Bardzo dawno nie widziałem już żadnego „moja”. Okazuje się, że na Morawach też obowiązuje ten zwyczaj, choć tu chyba w nieco innej formie. O ile mnie pamięć nie zawodzi, na Orawie, pod osłoną nocy, chłopcy stawiali moja/maja obok domu panny na wydaniu, a później pilnowali go do rana, żeby nie inni zalotnicy nie zastąpili go własnym mojem 😄 Moj, to oczywiście iglaste drzewko zatknięte na wysokim pniu. Tu najwyraźniej moja stawia w centrum cała społeczność, oczywiście z towarzyszeniem zabawy.

Tak rozpoczyna się wjazd do Czeskiego Cycka (nazwa wymyślona na użytek własny, chodzi o cypel wysunięty w stronę trójstyku granic. Całkiem rozległy dziki, niezamieszkały i pełen zwierzyny teren przygraniczny. Stąd do trójstyku mam jeszcze ok. 20 km jazdy.

W oddali pierwszy z dwóch mostów (bardziej kładka pieszo-rowerowa) łączących oba brzegi Moravy. Jeśli ktoś nie przepada za dziurawym asfaltem i drogą wysypaną grubym tłuczniem, polecam wybrać ścieżkę po słowackiej stronie. Tam jest równa, asfaltowa ścieżka.

Ogromne rury ponad rzeką, a patrząc w lewo, w oddali, Białe Karpaty. Krańcowe pasmo Karpat opadające w stronę Bratysławy i doliny Dunaju. Po drugiej stronie Dunaju widać już pierwsze wzniesienia Alp. Tzn. widać oczami wyobraźni, bo stąd niestety jeszcze nie widać 😉 Ale do Bratysławy jest stąd już tylko ok. 50 km.


A tym mostem trzeba wrócić do Czech, bo kolejnego już nie ma. Blokada dotyczy tylko ruchu samochodowego – rowerem bez problemu można przejechać.

Szlak o numerze 4 – Morawska Ścieżka. Towarzyszy mi od przejścia granicznego w Głuchołazach.

Takie bungalowy były czasem nawet co kilkadziesiąt metrów od siebie na słowackim brzegu Moravy.

Tu ujście Myjavy fo Moravy. A dosłownie kawałek dalej do Moravy wpada rzeka Dyja i to właśnie to ujście tworzy trójstyk granic Czech, Słowacji i Austrii.

Granica między Czechami i Austrią jest na całym tutaj odcinku odgrodzona płotem i czasami, gdy droga przebiega przez ów płot, trzeba sobie otworzyć i zamknąć za sobą bramę. Podobną już sytuację widziałem kiedyś na granicy polsko-niemieckiej. Czyżby teraz też chodziło o ograniczenie rozprzestrzeniania się pomoru świń? Czy jakiejś tam innej choroby?…

Ostatni kilometr trzeba było pokonać lekko rozpadającym się drewnianym podestem. W sumie nie wiem, po co on tutaj. Może wiosną są to tereny zalewowe.

Po drodze stary kamień graniczny.


A tu już sam koniec Czeskiego Cycka 😉

Widok na Dyję (z prawej) uchodzącą do Moravy (z lewej). Ląd po lewej, to Słowacja, ląd po prawej, to Austria, a ląd pod moimi nogami, to Czechy 🙂

W międzyczasie zaszło słońce, a czekało mnie jeszcze ok. 15 km jazdy do Breclavia. Częściowo skoszonym pasem granicznym z Austrią, a częściowo lasem.

Po drodze miałem dziwne zdarzenie. Najpierw sploszyłem dtado dzików. Tak, te dziki są dzikie i uciekają, nie tak jak w Krakowie. Później na drogę wyszło mi stado młodych jeleni, ale najlepsze zdarzyło się później. Nagle z krzaków, tuż za mną, wyskoczyło na drogę jakieś małe zwierzę (kuna? … wiewiórka…?) i nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, ale to coś małe zaczęło mnie gonić! Zupełnie nie odpuszczało! Zacząłem przyspieszać, oglądam się przez ramię, a to nadal leci za mną jak szalone! To zupełnie dziwna sytuacja, bo goniła mnie jakaś wiewiórka, ale ta jej determinacja sprawiła, że dopadł mnie jakiś dziwny strach i zacząłem mocno dawać po pedałach mając przed oczami jakiegoś krwiożerczego królika rodem z Monthy Pythona. W końcu wiewiórka gdzieś odpadła, ale serce waliło mi młotem. Jakaś zupełna psychoza… Może za dużo już tego słońca… Pośrodku niczego napotkałem jeszcze dziwną budowlę z podświetloną kolumnadą, w której z boku paliło się w małym oknie światło, więc ktoś tam był. Doczytałem później, że to Zameczek Pohansko. Klasycystyczny pałacyk myśliwski należący do zarządców tych ziem, rodziny Liechtensteinów.


Następny schron bojowy z okolic II WŚ. W środku nocy, w środku lasu robił trochę kosmiczne wrażenie. Zwłaszcza, że po głowie cały czas jeszcze biegała mi krwiożercza wiewiórka.

Tuż przed wjazdem do Breclavia omal nie przejechałem pięknej modliszki.

Dodaj komentarz